O sobie

Zostałem urodzony w poprzednim stuleciu, a nawet jeszcze poprzedniego tysiąclecia – w Gdyni. Zrodzony w małym domku na ulicy Abrahama 13, o którym dowiedziałem się później, że jest starszy niż Domek Abrahama z ulicy Starowiejskiej. Piętrowy, na podmurówce, kryty czerwoną dachówką, lecz ściany miał wyjątkowo lekkie, bo robione z trzciny i zaprawy murarskiej. Dzisiaj stoi stuletnia fasada z cegły wkomponowana w nowobudowaną, czteropiętrową Kamienicę Rybacką.

Potem mieszkałem już w bardziej wyrafinowanym miejscu, bo mówiono, że przy najpiękniejszym skrzyżowaniu w Polsce, ulicy 10 Lutego z ulicą 3 Maja. Stoi tam budynek PLO zaprojektowany przez Romana Piotrowskiego, a po przekątnej perła modernizmu europejskiego, kamienica z charakterystycznym mostkiem kapitańskim oraz masztem flagowym autorstwa dwóch braci: Stanisława i Zygmunta Ziołowskich.

W tym właśnie domu, na parterze, zdobywałem pierwsze szlify gdynianina spotykając się z kolegami, prawie nielegalnie, w kawiarni Cyganeria. Wszak chodziliśmy jeszcze wtedy do „Jedynki”, najstarszej podstawówki w Gdyni. 

Lubiłem zaglądać do sklepu mojego dziadka Władysława Sicińskiego, na ulicę Starowiejską 11, bo był to przedwojenny skład szewski o niespotykanym wystroju, najstarszy sklep w Gdyni, w kamienicy Tutkowskiego. Z żelazną kratą zasuwaną na noc przed włamywaczami, z przedwojennymi regałami i szufladami. Kultowy sklep, jak mi dotąd mówią ludzie, w którym kochali kupować, a ja lubiłem w nim przebywać. Oczywiście z czasem przejąłem rodzinny interes.

Ten sklep się skończył, kiedy zacząłem szukać szczęścia w szerokim świecie. A teraz funkcjonuje w tym lokalu stylowa Cafe Lavenda, z odsłoniętym oryginalnym, ceglanym murem z 1930 roku.
Gdy wyjeżdżając na emigrację do Kalifornii ostatecznie zakotwiczyłem na lata w Wiedniu, w tym wspaniałym mieście – cudownym, a jednak bez morza, zrozumiałem przecież z czasem, że Gdynia jest miastem, które prawdziwie kocham oraz jedynym miejscem na ziemi, w którym chcę mieszkać.

Przedwojenne, rodzinne mieszkanie na 10 Lutego, ponieważ mieściło się na parterze, pasowało w nowych czasach idealnie na biura, więc odkupił je od nas Bank Komunalny w Gdyni – jest tam teraz Bank Nordea.

Zamieszkaliśmy z synem i żoną w jej rodzinnym mieszkaniu. Lecz o ile przed naszą emigracją mieściło się ono na ostatnim piętrze domu przy ulicy Czołgistów, o tyle po powrocie, to samo mieszkanie było już na piętrze przedostatnim – dobudowano w czasie naszej nieobecności piętro, a ten sam budynek stał już nie przy Czołgistów, ale przy alei Piłsudskiego – zmieniono nazwę. 
Ja z mojego okna widzę morze, a za ścianą mieszkał tu przed wojną Karol Olgierd Borchardt, który spotykał się często ze swoim sąsiadem Mamertem Stankiewiczem, też mieszkającym w tym domu, a potem Borchardt opisał go w swej książce „Znaczy Kapitan” – bohaterskiego kapitana, który w 1939 roku zginął na transatlantyku Piłsudski.

 

I dalej mogę w nieskończoność ciągnąć opowieści o moim wspaniałym mieście i jego wyjątkowych mieszkańcach… Ktoś mi powiedział, że powinienem mieć na imię GdyniArek, a gdyby mi przeciąć żyłę, krew by mi wypływała pulsując w rytmie nazwy: Gdy!-nia!, Gdy!-nia!, Gdy!-nia!…

Teraz podjąłem inicjatywę, by wszyscy gdynianie, bezsprzecznie wyróżniający się wśród innych nacji, tak różni, a jednocześnie tak podobni, połączyli się wspólną ideą Pierwszego Światowego Zjazdu Gdynian w 2026 roku, który odbędzie się w naszym mieście. 

Bo przecież gdynianin to ten, który żył tutaj, a losy rzuciły go w różne miejsca na świecie. Gdynianin to Kaszuba mieszkający tu z dziada pradziada, także urodzony tutaj obywatel, również ten, który wybrał Gdynię ze względu na pracę, miłość w Gdyni spotkaną, sentyment, snobizm i wiele innych rozmaitych powodów. Gdynianką jest także Frau urodzona w Gdingen, jeszcze w 1939 roku, jest Horst urodzony w Gotenhafen w 1941 roku – syn niemieckich urzędników, chcący przystąpić do naszej inicjatywy. Jest gdynianinem wnuk gdyńskiego właściciela przedwojennych kamienic, który urodził się już w Ameryce, bo jego rodzice wyemigrowali z Gdyni w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Słabo pisze po polsku, lepiej się posługuje angielskim, lecz gdy się spotkaliśmy... idealnie porozumieliśmy się w gdyńskim języku. A jak potraktować urodzoną w 2005 roku, w Niemczech Emilię Gdynię, której rodzice nadali takie imię z tęsknoty za tym miastem.  Wysłałem wiele pocztówek z Gdyni, ale kartka ze Stade koło Hamburga jest wyjątkowa – podpisana „Pozdrowienia od Gdyni”. Jest gdynianką Emilia Gdynia? Jest! I każdy z przystępujących, który ma świadomość wyjątkowości tego miejsca, zna gdyńską historię – swoją i swojej rodziny, korzysta z Encyklopedii Gdyni… czuje się gdynianinem – tak jak ja.

Arkadiusz Brzęczek